„Czytam takie romansidło” – powiedziała ostatnio moja przyjaciółka półgłosem, jakby zdradzała coś wstydliwego. Inna krępowała się odpowiedzieć wprost, kiedy zapytałam ją, co ogląda na Netflixie: „A wiesz, taka tam głupiutka komedia romantyczna, nie pamiętam nawet tytułu, musiałam się odmóżdżyć”. Znacie to? Bo ja złapałam się na tym, że słyszę to regularnie. Co ciekawe – nigdy od mężczyzn. Żaden facet nie nazwie filmu akcji „sensasidłem”, nie powie, że oglądał „głupią strzelankę”, nie zniży głosu, kiedy mówi, że czyta coś lekkiego. Skąd więc w kobietach tyle niepewności wobec tego, co „dla nas”? I dlaczego – choć mówimy o sile kobiet – same deprecjonujemy kobiecą literaturę, kobiece filmy, kobiece historie?
Oczywiście, że mnóstwo jest tanich, schematycznych komedii romantycznych albo romansów tak przewidywalnych, że aż się człowiek skręca z zażenowania. Chciałabym się jednak przyjrzeć się temu, dlaczego kobiety nauczyły się mówić o swoich wyborach z dystansem, wstydem, ironią. Dlaczego to, co „kobiece”, od wieków traktowane jest jako mniej ważne. I dlaczego warto zacząć mówić o swojej przyjemności bez przeprosin.
Męskie jako domyślne, kobiece jako dodatek
W kulturze zachodniej przez dekady to, co „męskie”, uznawane było za domyślne, uniwersalne, poważne. Tymczasem to, co kojarzy się z kobiecością — emocjonalność, relacje, prywatność — bywa traktowane jako banalne, niskie albo czysto rozrywkowe. Z dumą podejmujemy „męskie decyzje” i wyśmiewamy „babską logikę”.
Ten schemat krytykowała m.in. bell hooks, feministyczna teoretyczka kultury, która wielokrotnie podkreślała, że hierarchia kulturowa premiuje to, co racjonalne, zdystansowane, „obiektywne” (czyli tradycyjnie męskie), a dewaluuje to, co emocjonalne, osobiste, zorientowane na relacje (czyli kojarzone z kobiecością). Z kolei Virginia Woolf w eseju „Własny pokój” już pod koniec lat 20. XX w. pisała, że kobiety przez wieki były wykluczane z kanonu i nieuznawane za autorki wielkiej literatury. Do dziś pokutuje przekonanie, że prawdziwa sztuka to ta męska, a kobiece narracje muszą się tłumaczyć ze swojego istnienia.
Guilty pleasure, czyli przyjemność o posmaku winy
Guilty pleasure zazwyczaj kojarzy nam się z wyjadaniem lodów prosto z pudełka po 22, czytaniem horoskopów i analizowaniem ich z przyjaciółkami czy oglądaniem reality show typu „Love Island” po szczególnie ciężkim dniu w pracy. Jak łatwo się domyślić, to znów kobiety częściej niż mężczyźni określają swoje wybory zarówno jedzeniowe, jak i kulturowe, mianem guilty pleasure — przyjemności, którą trzeba jakoś usprawiedliwić. Stąd też przepraszające tony, kiedy sięgamy po romans, komedię romantyczną czy książkę erotyczną.
Ironiczny dystans jako mechanizm przetrwania
Wiecie, dlaczego tak wiele kobiet mówi „czytam takie romansidło” z ironicznym uśmiechem i machnięciem ręki, bagatelizującym sprawę? To nie wyraz pogardy wobec książki — to mechanizm obronny: „zanim ktoś inny mnie wyśmieje, zrobię to sama”. Psycholożka społeczna, Irene Frieze, opisała ten proces jako formę autoprzemocy, która ma nas chronić, ale jednocześnie podtrzymuje system wartości, w którym kobiece wybory są z założenia gorsze.
Kobieca literatura – czyli jaka?
Romanse, erotyki, literatura obyczajowa, young adult — te gatunki często określane są jako „kobiece”, a tym samym z definicji mniej wartościowe. Płytkie. Głupiutkie. A przecież to właśnie one tworzą przestrzeń dla kobiecych narracji, emocji i przeżyć.
Janice A. Radway w przełomowej książce Reading the Romance: Women, Patriarchy, and Popular Literature (1984) pokazała, że czytanie romansów to nie pusta rozrywka, ale sposób regulowania emocji, radzenia sobie z codziennością i tworzenia przestrzeni dla siebie. Autorka przeprowadziła pogłębione badania wśród grupy amerykańskich kobiet, analizując ich wybory czytelnicze i sposób, w jaki mówią o swoich lekturach. I doszła do bardzo konkretnych wniosków: czytanie romansów to sposób na tworzenie psychicznej przestrzeni dla siebie w świecie, który stawia kobiece potrzeby na końcu. Radway pisze, że kobiety często sięgają po romanse nie dlatego, że wierzą w bajkową miłość, ale dlatego, że książki te oferują im momenty emocjonalnego wytchnienia i bezpieczeństwa, których brakuje im na co dzień. Lektura więc staje się formą samoregulacji: daje chwilę, w której można poczuć się widzialną, zaopiekowaną, zrozumianą – nawet jeśli tylko na kartach fikcyjnej opowieści. Autorka pokazuje też, że kobiety nie są biernymi konsumentkami treści – potrafią bardzo krytycznie oceniać książki, które nie spełniają ich potrzeb, i świadomie wybierać te narracje, które im odpowiadają. Wbrew stereotypowi: nie łykają wszystkiego, jak leci. Mają wymagania. I gust.
Odzyskiwanie głosu, odzyskiwanie przestrzeni
Nie twierdzę, że każda kobieta powinna czytać romanse – nie każda to lubi, nie każda tego potrzebuje. Chodzi o to, by nie wstydzić się tego, co daje nam przyjemność. Pisarki takie jak Elena Ferrante, Chimamanda Ngozi Adichie czy Taylor Jenkins Reid pokazują, że opowieści o emocjach, domowych dramatach i relacjach mogą być równie uniwersalne i poruszające, co historia wojny czy antybohatera. To samo dotyczy komedii romantycznych, które – tak jak chociażby kultowe To właśnie miłość, Bridget Jones czy Cztery wesela i pogrzeb – bawią, wzruszają, a jednocześnie potrafią przemycić trudne tematy.
Tylko rozwój, zero relaksu?
Załóżmy jednak, że książka albo film tylko i wyłącznie bawi, wzrusza, a może podnieca. Czy jest coś w tym złego? Dlaczego oczekuje się, że każda minuta naszego wolnego czasu będzie „produktywna” albo „ambitna”? Dlaczego każda książka musi czegoś uczyć, a film musi poruszać poważny temat? Oderwanie się od rzeczywistości, relaks, fantazja — to też jest ważne. Potrafi pomóc przetrwać trudne chwile i zapomnieć o kłopotach. Czasem uśmiecham się w duchu, kiedy po raz kolejny widzę, jak na Instagramie ktoś chwali się książką non-fiction, rozwojową albo poradnikiem, a prawie nikt nie wrzuca powieści. Jakim więc cudem to właśnie one sprzedają się tak świetnie? W Bestsellerach Empiku w 2024 triumfował Andrzej Sapkowski z Wiedźminem, Valerie Perrin z przepiękną powieścią Zapomniane niedziele i Małgorzata Oliwia Sobczak z kolejną odsłoną kryminalnej serii Kolory Zła.
Happy end?
Na zakończenie chciałabym wam opowiedzieć o pięknym wyjątku. Siedziałam ostatnio w parku na ławce, czytałam książkę (Czarny tort Charmaine Wilkerson – polecam!) i spotkałam koleżankę. Od słowa do książki wywiązała się rozmowa i znajoma pochwaliła się, że na urodziny dostała całą Sagę o Ludziach Lodu. Bez wstydu, bez krygowania się. Oficjalnie najlepszą serię ever niezdefiniowanego gatunku mieszającego romans, erotykę i fantasy!
Wracając do happy endu. Jeśli po przeczytaniu tego wpisu choć jedna z was ugryzie się w język i zamiast powiedzieć romansidło, powie "przeczytałam fajny romans Ali Hazelwood, cudownie pozwolił mi się oderwać od rzeczywistości" albo "ta książka Rebecki Yarros bardzo ze mną rezonowała, autorka ubrała moje uczucia w słowa", to będę miała poczucie spełnionej misji ;) A trochę bardziej serio – nie umniejszamy naszym emocjom, nie deprecjonujmy tego, co kobiece. Bo jak mamy być szanowane, skoro same traktujemy kulturę kobiecą jako coś gorszego, zbyt lekkiego, by o tym dyskutować?
Dajcie znać w komentarzach, co ostatnio przeczytałyście i co was porwało. Zainspirujmy się!